wtorek, 8 września 2015

WIELOWĄTKOWE PIĘKNO

Podczas warsztatów farbowania tkanin tradycyjnymi japońskimi  metodami w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha, przeprowadziłam rozmowę z prowadzącymi warsztaty oraz kuratorkami aktualnej wystawy: paniami Aleksandrą Görlich i Joanną Habą. Poniżej przedstawiam artykuł o wystawie „Wielowątkowe piękno” napisany na podstawie tej rozmowy:

Od 6 czerwca do 13 września w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Krakowie otwarta jest wystawa „Wielowątkowe piękno” na temat kimon. To już nie pierwsza wystawa dotycząca tradycyjnego ubioru japońskiego. Kilka lat temu można było podziwiać kimona z Kolekcji Kodaimaru Company i Rodziny Yamanaka, a także ubiory dekorowane techniką Ise-katagami, czyli farbowane poprzez szablony. Eksponaty na aktualnej wystawie zostały zaprezentowane według technik dekoratorskich, dzięki czemu ekspozycja ta wspaniale nawiązuje do pełnej nazwy Muzeum. Wystawiane tu kimona są dziełami sztuki, ale zarazem przedstawiona jest technologia wykonania.


Podstawowe informacje o kimonie pojawiały się już na poprzednich wystawach. Teraz kuratorki poszły o krok dalej. Zaprezentowały kilka tradycyjnych technik zdobniczych: haft, shibori, czyli uzyskiwanie wzoru poprzez wiązanie i szycie materiału, a następnie farbowanie, katazome, czyli dekorowanie przez szablony, y
ūzen, czyli malowanie na jedwabiu, kinran i ginran, czyli dekorowanie złotem i srebrem. Przedstawiły także kimona, których wzór powstał w procesie tkania, a także stroje ludów z dalekiej północy i południa Japonii.

Większość kimon pochodzi z londyńskiej kolekcji prywatnej, niektóre eksponaty pochodzą z samej Mangghi, a także kolekcji pani Anny Bielak – prowadzącej tu bibliotekę i specjalizującej się w kitsuke (sztuce ubierania kimona) oraz japońskiej ceremonii parzenia herbaty. W kolekcji z Londynu znajdują się głównie kimona z okresu Edo (1603-1868). „Takich kimon jeszcze nie pokazywaliśmy, ich dekoracje są zupełnie inne od tego, co zaczęło dziać się w drugiej połowie XIX wieku, a potem w XX. Są niezwykłe. Chciałyśmy pokazać ich klasę.” – mówią Joanna Haba i Aleksandra Görlich.


A. Görlich: „Większość tych technik została wynaleziona niezależnie, w wielu krajach świata. Ale Japończycy realizują je perfekcyjnie. Są doskonali warsztatowo i ten warsztat chciałyśmy pokazać. W Japonii nigdy nie istniało coś takiego, jak indywidualizm w sztuce. Najważniejsze było, by jak najlepiej naśladować mistrza. Stylistyka była ustandaryzowana. Japońskie dzieła, to prawie zawsze sztuka użytkowa.”

Wystawa jest bardzo spójna i elegancka pod kątem plastycznym. Architektura przestrzeni wystawienniczej (jak i całe muzeum), zaprojektowana przez Japończyka Arata Isozakiego, pozwala na przedstawianie sztuki w wyrafinowanym japońskim stylu. Eksponatów nigdy nie jest zbyt dużo, każdy ma zachowaną przestrzeń wokół siebie, dzięki czemu nic nie przeszkadza w podziwianiu go. Światło jest łagodne, zarówno przez względy konserwatorskie, ale i dlatego, że sztukę japońską powinno oglądać się właśnie w półmroku. Tradycyjne domy nie posiadały okien, tylko papierowe drzwi, a wieczorami sączyło się nikłe światło z lampionów. Struktura przedmiotów, które tworzyli japońscy artyści dostosowana była do tego rodzaju światła.



Aleksandra Görlich i Joanna Haba mówią o sobie jako o zgranym zespole. Zrobiły już kilka wystaw razem, doskonale się rozumieją i uzupełniają. Aleksandra jest historykiem sztuki, specjalizuje się w drzeworycie, natomiast Joanna jest z wykształcenia konserwatorem tkanin. Wykształcenie plastyczne Asi pomaga jej gustownie zaaranżować przestrzeń wystawienniczą.

Zapytane o to, co najbardziej pasjonuje je w sztuce japońskiej, trudno im było znaleźć jednoznaczną odpowiedź. Joanna oceniła kulturę japońską, jako ocean, z mnóstwem fascynujących aspektów. Jej pasją zawsze były kimona, co po części wynika z jej wykształcenia. Ola fascynuje się historią 47 roninów, która, jako opowieść oparta na faktach stała się ważnym elementem kultury japońskiej i wiąże się z wieloma dziedzinami sztuki. Przedstawiana jest na drzeworytach i w tradycyjnym teatrze. Podobnie zajmuje je sztuka współczesna. Niedawno Joanna koordynowała wystawę lalek Dollfie – popularnych w pewnych kręgach – artystycznych lalek kolekcjonerskich, które swój rodowód mają właśnie w Japonii, ale kupowane są także chętnie w innych częściach świata.



Zapytałam moje rozmówczynie czy nie kusiło je, by pokazać na tej wystawie formę kimona ubranego na manekinie. Tym przecież różni się europejski strój o dalekowschodniego, że ten drugi przyjmuje swoją właściwą formę dopiero na człowieku poprzez specjalny system nałożenia, udrapowania, zawiązania. Kimono ma kompletnie inny kształt, gdy rozwieszone jest na bambusowym stelażu, niż gdy jest kompletnie ubrane na osobę. Joanna woli tradycyjny sposób prezentacji kimon – taki, jaki stosowano od wieków, „Chodzi o to, by wszystko było widać. Pokazujemy obiekt, a nie sposób wiązania”. Ola mówi, iż patrzy na kimono jak na obraz, bo kompozycja dekoracji jest tu bardzo ważna. Kimono ma właściwie dwie funkcje: dekoracyjną i użytkową. Na wystawie zaprezentowana jest ta dekoracyjna. Poprzez założenie kimona na manekin ukryłoby się część jego piękna. 



Joanna podkreśla, że stare kimona miały zawsze wysmakowaną kompozycję, często wielkoraportowe wzory i inną kolorystykę niż w późniejszych czasach. Niektóre motywy, jak np. róże czy orły zaczęły pojawiać się dopiero pod koniec XIX wieku, bo zaczerpnięte zostały z Europy. Jej ulubiony obiekt na wystawie, to kimono z powtarzalnym wzorem, wykonanym techniką surihaku, poprzez wprasowanie płatków srebra. Niektóre kimona zachwycają dopiero wtedy gdy wie się, jak dana dekoracja została zrobiona lub co oznacza. Okazuje się, że pozornie nieciekawe tkaniny naśladują np. powierzchnię skóry rekina, a wykonane są z użyciem bardzo drobno i precyzyjnie dziurkowanego szablonu. Czasem w takich przypadkach efekt wzmożony jest ciekawym splotem zastosowanym podczas tkania. 




Ola mówi, iż często patrzy na kimona jak na obrazy. A dopiero w którymś momencie w historii tak zaczęto traktować ten ubiór. Miyazaki Yūzen (żyjący na przełomie XVII i XVIII w.) był pierwszym artystą, który uznał połać, odszytego w ubiór, materiału za pole do zakomponowania obrazu. Projektował on wzory na kimona. Zawsze tworzyły one spójną całość i zawsze były asymetryczne. Hinagata – czyli katalogi z takimi wzorami znajdują się w kolekcji Mangghi i można je oglądać na wystawie. Te wielokolorowe wzorniki są dziś bardzo pożądanym przedmiotem kolekcjonerskim.





Joanna i Aleksandra przeprowadziły również warsztaty z tradycyjnych technik farbowania kimon, w których miałam przyjemność brać udział i które szczegółowo opiszę w kolejnym poście. Wtedy też skupię się bardziej na dokładnym opisaniu wspomnianych wyżej technik.






Wystawa „Wielowątkowe piękno” zakończy się 13 września 2015 r. i zwieńczona zostanie międzynarodową konferencją pod tytułem „Textiles of the Silk Road” („Tkaniny jedwabnego szlaku”). Mam nadzieję, że silny zespół w osobach Aleksandry Görlich i Joanny Haby już niedługo znowu zaprezentuje wystawę o niecodziennej tematyce. Ciekawa jestem także co nowego znajdzie się na ekspozycji w Manndze jesienią i kiedy znów będzie można zobaczyć jakiś element związany z ubiorem. Na szczęście po tej wystawie zostaną nie tylko fotografie, ale i pięknie wydana oraz bardzo ciekawa książka Aleksandry Görlich pt. „Wielowątkowe piękno”.



autor tekstu: Barbara Szewczyk
autor zdjęć wykonanych na wystawie „Wielowątkowe piękno”: Barbara Szewczyk

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz